Bez niego dzień jak noc i szczęście traci moc…

Zaczęło się – dzień, może dwa dni temu – od kobiecego zazdrośniutkiego focha o… uroczy blond loczek. Bo że ona (Ona!) ma, że się podoba, że tak miło się patrzy… A przecież ja też mam! Rano widziałam go w lustrze, nie mogłam się z nim uporać, bo kręcił się niesfornie tuż nad prawym uchem, co raz to przegrywałam z nim walkę o ugrzecznienie, wyprostowanie i odkręcenie. Nie pomagały wsuwki, spinki ani perswazja słowna z użyciem wulgaryzmów. Bo ja przecież myślałam, że loczek blond nie będzie się podobał! Zakupiony został więc szampon z założenia prostujący włosy w bambusowe pręty, w ulubionym fioletowym (bambusowym?) kolorze, jako narzędzie służące do zlikwidowania oraz utylizacji loczka, no bo czy to w moim stylu mieć frywolny uroczy kosmyk!? Czy takiej niezdolnej jak ja przystoi afiszowanie się z kobiecością w postaci blond loczka?! No nie! Szampon w promocyjnym opakowaniu miał dawać satysfakcję przez miesiąc, budując wizerunek zimnej i żmijowatej. Jednak (o losie!) nie zamienił loczka w bambusa! On się pokręcił, spryciarz, i postanowił istnieć wbrew wszystkim zasadom, prostownicom i środkom pielęgnacji do włosów niesfornych!
Ten loczkowy podwójny foch uparcie pragnęłam zwizualizować, kojarząc minę z tą:

co w wolnym tłumaczeniu oznaczać miało: „Jak ja nie cierpię loczków! Zwłaszcza cudzych!”

A że ja nie jestem za bardzo układna, a przy tym wielce honorowa, to – skoro jej loczek i tak podoba się bardziej – postanowiłam podjąć w tej sprawie arcyradykalne działania, myśląc, że nie będzie loczka, to nie będzie zazdrosnych foszków, będzie klops i trudno, przecież i tak był gorszy! Ba! Jego istnienie nie zostało nawet zauważone! Jakąś godzinę temu mój uroczy blond loczek, jak mi się zdaje, ostatecznie, dzięki wprawnym dłoniom z nożyczkami oraz instrumentem do degażowania, przestał więc istnieć. Rozstałam się z nim nie bez sentymentu, ale też bez szczególnego smutku, bo tu trzeba było przecież pokazać charakter! Dlatego nie było łzawego pożegnania ani pogrzebu loczka w kopercie, którą każda kobieca kobieta schowałaby w swoim pamiętniku na stronie z wpisem z 28. grudnia.

Teraz jednak tak sobie myślę, że ten pokręcony blond kosmyk miał w sobie jakąś tajemną moc, można było nim uwodzić (a nawet i skutecznie być może uwieść), może gdyby go odpowiednio wyeksponować, podkreślić, to stałby się atutem… No cóż, nie zrobiłam mu nawet pamiątkowej fotografii, żeby udowodnić niedowiarkom jego urokliwy charakter i w ogóle jego istnienie. Jestem jednak pewna, że on powróci i wtedy znów stanę przed wyborem, czy uwierzyć słowom →tej piosenki czy obciąć go (z wielkim fochem) nożyczkami przy samej głowie…

cz. 1 (odwrażliwianie)

Jako że jedyne skuteczne działanie w moim przypadku to działanie silnie ukierunkowane i na krótkich odcinkach (A->B->C->D, nie zaś A—>D), postanowiłam rozpocząć wyjazdowy (bo gdyby jednak Australia…) proces przygotowawczy od rozpoczęcia terapii mojej nieszczęsnej atawistycznej arachnofobii.
Być może skutkiem ubocznym tego jakże nieprofesjonalnego psychologicznie podejścia do sprawy będzie przeniesienie fobii na ekran laptopa, strach przed włączeniem komputera lub dwutygodniowa bezsenność przy zaświeconym świetle, niemniej trzeba się wreszcie z tym zmierzyć, chociaż jak na razie nie zamierzam ich dotykać, hodować ani też wieszać sobie plakatu nad łóżkiem.

O ile wczoraj nie bardzo mi szło nawet kliknięcie linka do strony z pająkami oraz samo użycie słowa „pająk”, to dziś (no, może trochę zasłaniam oczy dłońmi;)) oglądam i wybieram najlepszego, chociaż już czuję, jak idzie mi po łydce. Ale przecież nie idzie! Idzie!

A. mi nie pomaga, informując precyzyjnie o istnieniu skaczących pająków (! o tym nie chcę na razie słyszeć!), jadowitych pająków, domowych pająków, zjadaniu 10 pająków w czasie snu, pająkach kwietnikach, pająkach kątnikach oraz tych z rodzaju dolomedes:

czy (ulubionych przez wszystkich i jadowitych) meta menardi:

lub jakichś tam gryzieli, gryzików czy gryzoniów (które nie wiadomo, gdzie mają przód, gdzie tył i nie wiedzieć czemu wyglądają jak mały czołg):

po które nie trzeba jechać aż do Australii, a wystarczy całkiem niedaleko. Nie brzmi to optymistycznie, dopóki były w Australii, to jednak bałam się mniej :) (zasada bezpiecznej odległości;)).  Chyba jednak jestem nieco nienormalna, bo nawet wyszukiwanie pajęczej grafiki w g. mnie paraliżuje, ale – miejmy nadzieję – już niedługo i sama zrobię zdjęcie jakiemuś uroczemu Spiny, Flower czy Sac.

ps. Jeśli będzie mi gorzej, a moja wola walki osłabnie, to będę musiała skasować tę notkę i to będzie znak, że wciąż jestem w punkcie A.

upiekłam!

Jako że najlepsze prezenty robione są ręcznie :):

pierniik

[i proszę o wyrozumiałość dla niedoskonałości, bo to mój pierwszy piernik w życiu! :)]

12

Mieszkanie w bloku ma to do siebie, że – nawet jeśli nie bardzo chcesz – i tak wiesz, co gotują/pieką wszyscy twoi sąsiedzi. Ci po prawej na przykład gotowali wczoraj pizzę, z którą miałam przyjemność jechać windą. Na parterze, gdy okazało się, że jedziemy na to samo piętro, dostawca (o naturze flirciarza i wyglądzie 5/10) zapytał, czy to może do mnie właśnie zmierza (no co za zbieg okoliczności!). Ja (o naturze flirciary i inteligencji 2/10) odpowiedziałam, że nie spodziewam się raczej, ale nie pozostaje nam nic innego, jak przekonać się na górze. Na to on – sondażowo, że pewnie mężowi nie chciało się gotować obiadu, na co ja, niezbyt błyskotliwie, że będzie mąż, to będzie gotował. Spodziewany efekt nastąpił niezwykle szybko i pan dostawca (5/10) zapytał o mój numer telefonu, bo numer mieszkania wydedukował po sąsiednich tabliczkach. Jednakże, mając na uwadze, co stało się, gdy dałam swój numer (też w windzie) gościowi z elektrowni (po tygodniu mówił w słuchawkę głosem psychopaty „ja tu czekam!, powiedz, powiedz czy chcesz się ze mną spotkać, bo mnie naprawdę zależy! no powiedz czy o mnie myślisz! powiedz!!”,a po dwóch zaproponował, że ot może się wprowadzić, w trzecim przestałam odbierać, a przez wszystkie trzy nie mogłam sobie przypomnieć nawet jego imienia) numeru nie dałam i zatrzasnęłam drzwi z drugiej strony.

Dziś w bloku pachnie piernikami, wszyscy pieką i dekorują pierniki, a ja nie wiem nawet, czy działa mi piekarnik… Z dawnych jeszcze czasów został mi gdzieś w głowie wzór na idealnego i wymarzonego faceta, którego jedynymi obowiązkami byłoby pójście ze mną na pięć godzin do księgarni i kupienie mi kwiatów (wtedy, nie wiem dlaczego, fiołków) i tak się zastanawiam, czy oby wymarzona kobieta takiego właśnie idealnego faceta nie musi przypadkiem piec i dekorować  pierników gdzieś tak właśnie w okolicy grudnia?… Bo jeśli tak, to wypadałoby się poświęcić dla sprawy. Ale jako że ja skora do poświęceń jestem tylko w połowie, postanowiłam upiec i udekorować tylko jednego piernika :). I właśnie się piecze.  Jeśli się nie spali, to go zaprezentuję :).

5 (5.)

Z uwagi na fakt, iż nie wszyscy czytelnicy współtworzący tego bloga lubują się w koncertach (a jeślibym chciała w przyszłości pobierać drobne/słone opłaty za czytanie, to muszę przecież dbać o poprawność światopoglądową i zadowolenie;)), odpuszczę sobie rozwodzenie się nad charyzmą Nosowskiej i znakomitością nowych aranżacji, setlistą i publicznością, a za to wystosuję dwa ogólne niedzielne pokoncertowe zalecenia:

1. przeszukanie zasobów sieci w celu odnalezienia filmiku z wczorajszego wykonania „Wczesnej jesieni” (może ktoś o wysokim opanowaniu wewnętrznym był w stanie nagrać), warto, a podpowiem tylko, że wokal był… męski

2. zaprzestanie pisania smutnych wierszy i piosenek o niespełnionej miłości (to do mnie), bo oto najlepszy tekst o takim stanie już powstał (co obwieszczam z jakimś dwumiesięcznym opóźnieniem):


A co jeśli to ja?
Może mnie nie rozpoznałeś?
A co jeśli to ja?
Dźwigam sens, którego łakniesz?
Zagłusza mnie znów miejski gwar, czytaj z ust…
A co jeśli to mnie wyglądałeś?

Jesteś napadem szaleństwa chwilowym,
Co zdarza się w jednej z tych sekund przed snem.
Jesteś wnętrzności rozstrojem
I przykrym migotem zastawek, powieką co drży.
Jesteś tą nutą z najniższych rejestrów,
Co wwierca się w umysł głęboko.
Krwią, co wzburzona z impetem
Uderza potwornym w mej żyły falochron.

A tak na marginesie, od dwóch dni nie włączyłam telewizora, który dotychczas był moim najlepszym nocnym przyjacielem niezawodnym i przyczyny mogą być tylko dwie – albo to dlatego, że nie mam prądu w ścianie najbliżej, a o konstrukcje z kabli się potykam i tego nienawidzę, no albo coś się dzieje… I jeśli to to drugie, to oceniam to jako ogromny postęp. No i zagadałam płaczącego Pepa, a był tysiąc razy lepszy ode mnie.

3

Miało być o obiedzie, nawet z fotkami (łosoś po kataloñsku), ale będzie o teleportacji, tak zresztą przydatnej, gdy chce się wyskoczyć na obiad trzy dni w przód, dwa dni w tył lub spotkać się ponad strefami czasowymi, ewentualnie przeteleportować jakieś konkretne obiadowe elementy.  Takie eksperymenty na ludziach to już zjawisko dość powszechne, dlaczego więc nie można by przekazać z kabiny A w punkcie A do kabiny B w punkcie B gorącego łososia z sosem majonezowo-czosnkowym (i nie chodzi tu o zamawianie dania z dostawą, bo tu jednak przekaz trwa jakąś godzinę i łosoś przybywa zimny)?

Wszystko by było, gdyby nie to, że te wyjątkowe i indywidualne przemyślenia oparte na „Déjà Vu” Tonego Scotta już ktoś dokładnie i wyjątkowo był przemyślał!

Będzie więc tylko Verlaine o déjà vu:

Na ulicy snów, w sercu marzonego miasta,
To będzie tak, jak gdyśmy już raz coś przeżyli:
Mglistość i wyrazistość tej jedynej chwili…
O, to słońce wschodzące, co nad mgły wyrasta!
O, ten krzyk ponad morzem, to wołanie w borach!
To będzie, jak gdy nie zna się przyczyn ni celu:
Dusza budzi się z wolna po wędrówkach wielu:
Rzeczy bardziej te same będą, niźli wczoraj
Na tej, ulicy, w mieście tych marzeń zaklętych,
Gdzie w zmierzchu mleć się będzie gigue na
katarynkach,
Gdzie na szynkwasach koty rozsiądą się w szynkach
I będą defilować bandy orkiestr dętych.
To będzie, jakbyś umrzeć miał – nieodwołalne:
Słodkie łzy spływające łagadnie po twarzy,
Śmiechy łkające w kół turkocie i rozgwarze,
Ku śmierci, by nadeszła, wezwania błagalne,
Przebrzmiałe słowa jak uwiędłych kwiatów smutek!
Czasem buchnie gwar ostry zabawy ludowej,
A w miedzianyml otoku swych czół chłopki-wdowy
Będą się przedzierały przez tłum prostytutek,
Co włóczą się w kompanii staruchów bezbrwistych
I obleśnych smarkaczy, w dobrej komitywie,
Gdy o dwa kroki, cuchnąc moczem obrzydliwie,
Festyn od fajerwerków drżeć będzie rzęsistych.
To będzie jak gdy człowiek śni, i gdy na poły
Budzi się, i zasypia, i za każdym razem
Śni mu się baśń ta sama z tym samym obrazem,
Latem, w trawie, w tęczowych graniach lotu pszczoły

2

♣♥♦

strawberry swing

nic jeszcze nie wiem o prawie blogowo-prasowym i autorskim, wypowiem się więc w naturalny dla mnie sposób

She said call me now baby, and I’d come a running.
She said call me now baby, and I’d come a running.
If you’d call me now, baby then I’d come a running.

I’m on call, to be there.
One and all, to be there.
And When I fall, to pieces.
Lord you know, I’ll be there waiting.

To be there.
To be there.

1a

żeby nie było, zdeklaruję się co do Alchemika i siebie, gdyby ktoś to jednak przypadkiem czytał, jedyny ideologicznie odpowiadający mi fragment:

Kiedy jem, nie zajmuje mnie nic poza jedzeniem. Kiedy idę, to idę, i tyle. A jeśli przyjdzie mi walczyć, jeden dzień nie będzie lepszy od drugiego, by umrzeć. Bo nie żyję ani w przeszłości, ani w przyszłości. Dla mnie istnieje tylko dzisiaj i nie obchodzi mnie nic więcej. Jeśli kiedyś uda ci się trwać w teraźniejszości, staniesz się szczęśliwym człowiekiem. Zrozumiesz, że tak jak pustynia tętni życiem, tak jak niebo jest pełne gwiazd, tak wojownicy walczą, bo jest to nieodłącznie wpisane w człowieczą dolę. I wtedy twoje życie stanie się świętem, wielkim widowiskiem, ponieważ będzie tą chwilą, którą żyjesz, żadną inną.