Zahia D. we własnej osobie (to ta blondynka;)). Miłego oglądania!
Archiwum kategorii: bajzel
Mamy ją!
cz.1 – czas (domniemanej) wojny
Zgodnie z zapowiedzią – trzyodcinkowy cykl o czasie wojny, pokoju oraz o czasie niezidentyfikowanym (tu zdradzę, że chyba będę szukać przyczyny w przewlekłym pms). Część pierwsza. Partyzancko-zaczepna (ale bez brawury). Części następne, jak wiadomo po blondynkowym konkursie piękności, mogą nigdy nie powstać lub skończyć w notatniku. Jestem mało konsekwentna.
Śmiem równocześnie (oprócz domniemywania hipotetycznej wojny) domniemywać, że za samo już używanie dziś i w najbliższych dniach publicznie i w google słowa „wojna” można spotkać się oko w oko z odpowiednimi służbami w służbie pewnemu przywódcy, jednakże zaryzykuję, bo ja w sumie nie o tym. Ja tylko o sytuacji wewnętrznej blogaska ;) (chociaż, tak rozsądnie patrząc, mogłabym brak notek wytłumaczyć brakiem zdjęć Igi w kolejnych miesiącach, przeszukałam, oprócz znanych nam już fotek w bluzce nie ma nic a nic bardziej „zaawansowanego”, co by nas – zgodnie z wynikami ankiety – zainteresowało).
Do rzeczy:
tło sytuacyjne: zimny kwiecień, deszcz i wiatr, pyły znad Islandii
analiza warunków koniecznych, wystarczających i wymyślonych w formie uproszczonego diagramu przyczynowo-skutkowego (hihihi więcej mądrych słów i terminów nie znam;)): powód →konflikt→ zerwanie stosunków dyplomatycznych→ oficjalne wypowiedzenie wojny przez jedną ze stron… no więc…
A miało być (i przez chwilę nawet było) tak pięknie czyli o tym, że czasem lepiej żyć złudzeniami (choćby optycznymi)
Z powodów oczywistych (o których zaraz, gdy tylko skończy mi się swobodny słowotok) notka „o wyższości bezsensownych notek o niczym nad bezsensownymi notkami o przygnębieniu z nutą głębokiego egzystencjalizmu” dziś się nie ukaże, chociaż (gdyby biometr był bardziej korzystny) powinnam stanąć na wysokości zadania i obie długotytułowe notki połączyć, wszak jest pewien wspólny mianownik. A nawet dwa wspólne mianowniki, choć w tym wypadku ja bym wolała (na waszym, panowie, będąc miejscu), żeby te mianowniki były jednak licznikami, czyli żeby były po prostu na górze, ale to już każdy ma własne upodobania, więc się nie wtrącam. Chodziłoby bowiem o to, że „o niczym” (eufemizm), czyli właśnie o tym, jest znacznie ciekawiej, bardziej miękko (!niestety niedowiedzione empirycznie!) i z większą ekscytacją. No ale tylko wtedy, gdy blokujemy okropne! i jakże rozczarowujące! informacje płynące ze świata zewnętrznego. Lepiej żyć w błogiej nieświadomości, wtedy jest pięknie, a i świat dookoła jakiś taki bardziej satysfakcjonujący. Aż tu nagle włazi jakaś szara rzeczywistość (internet to zło) i szok, bo jeszcze wczoraj wszystko było prawdziwe, one były prawdziwe, a dziś…
to nie jest rozrywka dla chorych ludzi
ale zdrowi może się zainteresują ;)
(a chorzy też kiedyś przecież wyzdrowieją ;))
kochani Panowie – wybierzcie coś sobie!
czyli prezenty na Dzień Mężczyzny od kobiecej części uroczejblondynki ;)
Naga prawda o Oscarach
Miała być, ponieważ nabrałam wielkiej ochoty, aby rozebrać (trochę) nominowane do Oscarów panie (niestety Linds nie została wyróżniona przez Akademię, nad czym wyjątkowo ubolewam), ale przypomniało mi się, że photoshop ma już przecież 20 lat (i że to strasznie dużo czasu na różne igraszki!) i w związku z tym naszła mnie taka refleksja, że nie warto ryzykować z tym rozbieraniem, bo Sandra Bullock raczej nie zagrała w licznych produkcjach z gatunku xxx, a takie właśnie fotki próbowała mi wcisnąć wyszukiwarka grafiki ;). Co „ona” tam na nich wyprawia, to nawet wy – słynący z tolerancji i bezpruderyjności – czytelnicy podczas oglądania moglibyście doznać niemałego wstrząsu! (Jeśli zdecydujemy się na utworzenie działu dla osób pełnoletnich i o mocnych nerwach, to wtedy ewentualnie je tam opublikuję;)) Bez ryzyka zaprezentować mogę jedynie Sandrę lekko pozakrywaną, a wy sami możecie stwierdzić, czy należy jej się Oscar! ;)
Ze zrozumiałych chyba przyczyn nie rozbieram Meryl Streep ani Helen Mirren ani też Gabourey Sidibe (co do tej ostatniej to wierzcie mi na słowo!), a Carey Mulligan mi się jakoś nie podoba ;).
Jeśli zaś chodzi o panie z drugiego planu, to Penelope już rozbieraliśmy. No dobrze, jej nigdy za mało :)
Ale najbardziej chyba rozebrać warto piękną Verę (Annę, Maggie i Mo’Nique sobie darujemy):
którą tak naprawdę lubimy… wiadomo za co (nie zwracajcie uwagi, po jakiemu oni mówią, to raczej nieistotne;))!
Mam nadzieję, że ta krótka i ograniczona przez działających w photoshopie grafików „w potrzebie” ;) prezentacja dorobku artystycznego pań pomoże wam dokonać wyboru i przyznać swojego własnego Oscara, byle szybko, byle wyprzedzić Akademię (bo I***** już i tak nie wyprzedzimy)!
My też lubimy Linds!
limeryk reakcyjny
Pewnego dnia blondynka z Brwinowa
w wiersze chciała pozamykać słowa.
Ostrzyli więc już pióra,
żeby z niej zrobić wióra,
lecz wrogów rozbolała aż głowa.
sondaż nastrojów czytelników (próba 2)
próba 2 a i tak nie działa = nie wypełniać, nie działa! ;)
[poll id=”2″]
Uprasza się o ingerencję.
Dzięki ingerencji już działa ;), można wypełniać, choć z rozwagą, bo wyniki (jak na razie mało optymistyczne!) będą podstawą do dalszych działań i poruszenia tematu istnienia… no właśnie, to dopiero po analizie poziomu wyczulenia i wytrzymałości ;). I to nie będzie nic a nic o nagrodach NME ;)
wczoraj był TEN dzień (x2)…
…więc dziś zapowiadane, nikogo nieinteresujące i w ogóle nieciekawe egoistyczne info – dowiedzieliśmy się bowiem wreszcie, czego tak naprawdę słuchają Angole i, o zgrozo, takie rzeczy jak In For The Kill i choćby The Fear zostały w tyle za… no właśnie, bo toż to przecież popowy boysband, taki do którego rzuca się koronkowymi majteczkami, na dodatek wylansowany przez The X Factor, już nawet nie chcę mówić, o czym oni tam śpiewają, w każdym razie są mniej więcej tak seksowni jak sam boski Cristiano Ronaldo, ruszają się z wielkim potencjałem (uch, uch), i te klaty i te uśmiechy i te zmrużone oczy mmmmrau (dziś jest Dzień Kota, stąd to mruczenie ;)). Żeby nie być gołosłowną, to wam pokażę:
W szranki z tymi panami stawała inna jakże genialna artystka brytyjskiej sceny pop, o której mówię głównie dlatego, że wczoraj została pokonana przez JLS, a onegdaj – to tak w duchu przyszłotygodniowych rozgrywek LM – przez tą panią, co jest bardzo bardzo ciekawe, jeśli przyjąć za pewnik dość powszechną tezę, że mężczyźni są wzrokowcami. Było to mniej więcej tak:
25 stycznia 2008 roku The Sun ogłosił, że Ashley Cole zdradził żonę z fryzjerką Aimee Walton. Gdy inne tabloidy podchwyciły temat, różne kobiety zaczęły wyjawiać, że także były kochankami Cole’a podczas gdy ten był żonaty. Gdy Cheryl ogłosiła, że nie wierzy tym spekulacjom, na jaw wyszły kasety, na których piłkarz wraz ze swym adwokatem oferują Walton wakacje i pieniądze na aborcję. Po tym zdarzeniu Cheryl wyprowadziła się z domu i wyjechała ze swoimi koleżankami z Girls Aloud na wspólne wakacje. Po jakimś czasie wróciła do męża, ale obrączka jeszcze długo nie pokazywała się na jej palcu. Obecnie wszystko wróciło do normy.
Można by taki wniosek wyciągnąć, że zawodnikom Chelsea potrzeba wrażeń, a partnerki szybko im się nudzą ;). Na Brit Awards 2010 za to żadnych super wrażeń nie było, oprócz tego, że Lady Gaga pokazała co nieco, a Liam Gallagher rzucił w publiczność mikrofonem i statuetką za Najlepszy Brytyjski Album ostatniego 30-lecia. No i może jeszcze, że Robbie przegrał z Dizzie Rascalem, Benzema z Lyonem, a Beckham z Manchesterem, ale to już raczej było zupełnie nie w Londynie ;).





